Socjalista

październik 18, 2007

Rzygać mi się chce. Bezpośrednią przyczyną moich odruchów wymiotnych jest nadmiar debat politycznych w mediach. Widok twarzy niektórych polityków sprawia, że zaczynam myśleć o sytuacji społeczno - politycznej mojego kraju. Rozpoczął się sezon żniw dla wszelkiej maści spin-doktorów, PR’owców i specjalistów od wizerunku. Koledzy po fachu pana Tymochowicza biorą teraz drugi oddech. Karuzela się kręci, politycy zachowują się jak małpy w cyrku. Politolodzy jednak zauważają, że Polacy za każdym razem mają to wszystko gdzieś. Pod względem frekwencji wyborczej nasze społeczeństwo reprezentuje podobny poziom jak obywatele krajów trzeciego świata. Takoż mam powody przypuszczać, iż w najbliższą niedzielę pobijemy rekord. Obstawiam, że z prawa do głosowania tym razem skorzystać może ponad pięćdziesiąt procent narodu.

Polska jest podzielona pod względem politycznym na dwa obozy: pro-PiS oraz anty-PiS. Na razie chciałbym pominąć moje poglądy polityczne. Nie da się ukryć, że od początku piątej kadencji sejmu RP – prowadzona jest nagonka na partię rządzącą. Bracia Kaczyńscy oraz ich partia stała się największym zainteresowaniem prywatnych ośrodków medialnych a także artystów, nauczycieli i… pewnej części społeczeństwa. Mimo tak wielkiej nagonki – Prawo i Sprawiedliwość jest na dzień dzisiejszy pierwszą partią polityczną, która oddając władzę nadal posiada spore poparcie społeczne. Ostatnie rządy SLD doprowadziły tę partie na skraj przepaści,wcześniej AWS uległ rozkładowi a UW opuściło znaczne grono działaczy. PiS natomiast wydaje się być teraz jedyną alternatywą dla Platformy Obywatelskiej. Wojna pro-pisu z anty-pisem będzie miała bardzo dobre skutki – ci, którym Kaczyńscy tak bardzo przeszkadzają (przekonani o tym, że Tusk nie został premierem przez niską frekwencję) zwartymi szykami pójdą do urn, elektorat PiSu jest świadomy zagrożenia jakie niesie ze sobą możliwość mobilizacji obywateli o poglądach liberalnych. Zapewne także około trzydziestoprocentowa grupa niezdecydowanych Polaków w pewnej mierze tym razem postanowi uczestniczyć w wyborach.

Zawsze bylem daleki od popierania rodzimych ugrupowań lewackich, takoż nie popierałem i tych prawicowych – uważałem wybory za „wybieranie złych spośród złych”. Z tego powodu nie uczestniczyłem w ostatnich wyborach parlamentarnych i prezydenckich. Podczas kadencji PiSu zmieniłem poglądy polityczne na umiarkowanie konserwatywne. Co ciekawe – dzięki osobowości lidera Platformy Obywatelskiej stałem się później niemal socjalistą jeżeli nie szeregowcem postkomunistycznego betonu. Niestety ale muszę przyznać, że prezydent wszystkich alkoholików – Aleksander Kwaśniewski ma znacznie więcej honoru niż mistrz populistycznej retoryki Donald Tusk. Pomijam fakt, że przewodniczący PO należy do wąskiego grona polityków, którzy nie mają bladego pojęcia o programie własnej partii. Pan Tusk chcąc zdobyć choć garstkę głosów przeznaczonych dla bardziej konserwatywnej prawicy, postanowił przyjąć sakrament małżeństwa tuż przed ostatnimi wyborami. Wcześniej ślub kościelny nie był mu do niczego potrzebny – ani jemu, ani jego żonie ni też dorosłym dzieciom. Również i państwo Kwaśniewscy jakiś czas temu przysięgli sobie przed Bogiem – jednak w tym wypadku miało to miejsce po rezygnacji Aleksandra z działalności politycznej. Powszechnie wiadomo, że tradycje SLD sięgają czasów stalinowskich, jak mam jednak stanąć po prawej stronie skoro czołowy postsolidarnościowy polityk łże prawie tak często jak się wypowiada? Jeżeli więc kiedyś moja ojczyzna stanie przed przykrym wyborem – Tusk czy lewica – ja oddam głos na tego, kto nie będzie Donaldem Tuskiem.

Wszystkim „młodym, energetycznym intelektualistom”, którzy chcą „uciekać z tego kraju” chciałbym zadać jedno proste pytanie: czym jest, gdzie się znajduje i jaki jest „TEN” kraj? Zagłosujmy, aby kształtować NASZ kraj.

(pw)