Duch rewolucji

maj 1, 2008

W taką pogodę nawet dresiarze siedzą w domach. Deszcz gęsto zacinał. Wiatr dewastował okolicę, jakby wpadł w furię. Duże, zimne krople rozbijały się o skórę zostawiając nieprzyjemny chłód. Do tego ciemność. Było tak cholernie ciemno, że zwątpiłem w istnienie dnia.
- Co za noc! Gdzie są w ogóle jakieś gwiazdy? To ma być początek maja?!? - Chciałem jak najszybciej wrócić do domu. Nie miałem daleko ale naprawdę nie lubię zimna.Aby dotrzeć do miasta musiałem przedostać się przez osiedla, jedno z tych blokowisk, które swoim widokiem udowadniają człowiekowi jego małość. “Osiedle z dużej płyty, co dzień staję jak wryty. Jak tak można pobudować takie gówno?” Jak na złość - właśnie to co brzydkie było dobrze widoczne. Wielopiętrowe molochy a w nich ludzie - obywatele w swoich klitkach. Miałem wrażenie, że te kolosy mnie obserwują, że chcą zapytać “dokąd robaczku?”. Dreptanie pod wiatr stawało się coraz bardziej męczące. Mimo chłodnego deszczu musiałem zebrać siły. Oprzeć się o giganta numer 23 i odetchnąć.
Stałem więc w ulewie, obserwując szarą ścianę klocków z peerelu. Ktoś wyrył w niej napis: “Kocham Cię Gosiu”. Zdziwiłem się bo trzy słowa bez ani jednego błędu ortograficznego to zaskakująco dobry wynik, jak na łysych matołków, którzy władają tą okolicą.
Przejaw romantyzmu w tej brzydkiej scenerii wydał się ciekawy. Musiałem dotknąć napisu, zetrzeć brud. Kiedy przetarłem napis ręką - z wyrytych liter zaczęła wydobywać się para. Kłęby gazu przybrały kształt ludzkiej postaci o kształtach kobiecych, nabrały kolorów. Oto jak dżin z butelki unosiła się przede mną kobieta z bloku.
- Witaj wędrowcze. Jestem wschodnim duchem tego bloku. W zamian za uwolnienie spełnię Twoje trzy życzenia. - Poczułem się jak w jakiejś kretyńskiej bajce. Baba-dżin wśród wielkich bloków.
- O ja pierdolę! - Dałem upust własnemu zdziwieniu.
- Skoro jesteś “wschodnim duchem” to co u licha robisz wewnątrz starego bloku w europie środkowej?
- Ależ Ty kurde młotek jesteś. Przecież osiedle jest z wielkiej płyty a ta jest wszak wynalazkiem komunistów. Pięćdziesiąt lat wstecz uwięził mnie tu polski proletariusz, robotnik budowlany będący medium.
- Zajebiście. Zawsze wiedziałem, że “polak potrafi”. Co do tych życzeń, o ile podtrzymujesz propozycję to chciałbym, żeby: nie wiało, nie padało i żeby był dzień.
- Mówisz, masz, towarzyszu miły. - Ucichło, przestało padać i w jednej chwili wzeszło słońce. Patki zaczęły śpiewać (oj pardon - na tym osiedlu ptaki rapują).
- Ej, to było git. Dzięki laska. - Nie umiałem inaczej tego podsumować.
- Co to znaczy “laska”? - Zapytała “dżinka”.
- Mieszkańcy tego osiedla mówią tak do dziewczyn, których nie znają. - Wyjasniłem.
- Przedstawię się więc. Jam jest Róża Luksemburg.

No to fajnie w chuj. Zawsze coś spierdolę. Drodzy działacze Solidarności. Przykro mi to stwierdzać. Obawiam się, że wszystkie Wasze starania, które poczyniliście w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, poszły się jebać. Wygląda na to, że komunizm wróci. Prawdopodobnie już niedługo pochody pierwszomajowe znowu staną się obowiązkiem naszych rodaków. Całe społeczeństwo pragnę bardzo przeprosić. Proszę aby działacze SLD i lewacy wszelkiej maści nie przysyłali mi podziękowań.


Between us and the light

wrzesień 10, 2007

Z dedykacją dla: Tomka, Kasi i Rafała. No somos tan malos como se dice, porque hoy todo va para mejor. No hay guerras desde hace ańos, el mundo se ríe, se ríe el mundo.

Between us and the light

Tak, dacie mi spokój kiedy zacznę wam opowiadać o tym jak bardzo jestem popierdolony. Potem wy będziecie uświadamiać mnie i moich rodziców, czym jest rozchwianie emocjonalne. Nie czuję się rozchwiany. Codziennie przechodzę przez dziesięć wspaniałych stanów umysłu, mogę być: lekko najebany, trochę najebany, najebany, zdrowo najebany, solidnie najebany, hardo najebany, nieziemsko napierdolony, kosmicznie nakurwiony lub skacowany. Już nie pamiętam kiedy to się zaczęło.

Chyba nie mieliśmy gdzie iść, więc postanowiliśmy przenocować w budynku gdańskiego dworca PKP. Kim była - nie wiem, czego właściwie oczekiwaliśmy – któż to może pamiętać. Obudziłem się pierwszy. Ujrzałem jej delikatną twarz, na której widać było ślady łez. Leżeliśmy na twardej podłodze, pod ścianą, przytuleni, czułem się naprawdę bezpiecznie. Kolejnym wrażeniem, które na długo zapamiętam były jej zielone oczy, tamta ciemna zieleń. Oczy zdawały się być portalem wiodącym do innego świata.

- Chyba powinnam iść do domu. - Heroina zmienia głos w cichy, zachrypnięty bełkot. Chciałem ją odprowadzić, ale potwornie się czułem, nie potrafiłem wstać. Powiedziała, że nie muszę się martwić i że da sobie radę. Wiem – początki są trudne, ale dlaczego aż tak?

Jakże często dobrzy ludzie mówią o tym, że narkotyki są złe. Tylko dlaczego, do kurwy nędzy ludzie odbierają mi chęć do życia a sens istnieniu nadaje właśnie heroina? Szczerze – odnoszę wrażenie, że jestem okłamywany, że słowa są puste. Czy ktoś potrafi to wyjaśnić? Pewnie nie. Zresztą nawet nie chciałoby mi się tego słuchać.

Mieszkałem na ósmym piętrze bloku znajdującego się we wschodniej części osiedla numer 54823793641153. Kiedy wychodziłem na zewnątrz widziałem, jak niezdrowo miesza się kolorystyka nieba i betonu, opuszczanie pokoju byłoby więc bezcelowe. Wiele dni o tym myślałem, być może jedynym powodem, dla którego jeszcze żyłem, był mój strach przed śmiercią. To się kurwa nazywa „totalny brak odwagi”. Chciałem w końcu wejść na dach i pobrać jedyną lekcję latania. Szybko znalazłem lepszy plan – postanowiłem wziąć wszystkie pieniądze, zakupić potrójną działkę heroiny (żeby mnie żaden pierdolony detoks nie uratował), upić się, dać zarobić jakiejś dziwce i nad ranem – zapierdolić wreszcie złoty strzał.
Rozpocząłem podróż, czułem się niesamowicie lekki. Nieśpiesznie przemierzałem ulice portowego miasta. Popijałem piwo, paliłem jointa i w ogóle nie obchodziło mnie „co mi zrobią, jak mnie złapią”. Znacznie ciekawsze mogło być to, co ja zrobiłbym mundurowym. Tak – świetnie pasowałem, do „cudów” architektury urbanistycznej. Im dłużej tak spacerowałem, tym bardziej byłem pijany.
To, jak zdobyłem narkotyki nie powinno państwa interesować. Dziwka? Spotkałem ją pod pięciogwiazdkowym hotelem. Nigdy nie lubiłem hoteli. Kiedyś w jednym pracowałem i na sam widok umundurowanych recepcjonistów brało mnie na wymioty. Nowo poznana bizneswomen zaprosiła mnie do swojego mieszkania. Trzeba przyznać, że była ładna, wyglądała bardziej na studentkę, niż przedstawicielkę najstarszej grupy zawodowej na świecie. Gdyby sama nie zaproponowała usługi, na pewno nie domyśliłbym się, czym się zajmuje.

Nigdy nie korzystałem z usług prostytutki i zastanawiałem się, jak to będzie wyglądało. Czy zacznie okrzykiem „No to do pracy!”? Czy wyda mi paragon? Po drodze kupiłem kartonik wina. Właśnie od alkoholu i rozmowy zaczęliśmy transakcję.
- Co taki chłopak jak ty robi w domu prostytutki. - Zupełnie jakby ją to interesowało. Wzbudzała zaufanie, była nie tylko ładna ale i miła, robiła wrażenie osoby inteligentnej. Opowiedziałem jej o wszystkim, mówiłem o przeszłości i planach na najbliższe godziny. Swoją drogą, to zabawne, że ktoś taki miał się okazać moim „Prywatnym Chrystusem”. Wymieniliśmy się przeszłością. Jej opowieść sprawiła, że nie mogłem przelecieć własnego zbawcy, również dzięki niej – rozmawiam teraz z państwem (zeznaję?).

Gosia (a na filmach wszystkie dziwki mają imię w stylu „Ola” lub „Andżelika”) skończyła dobre liceum, zdała maturę i dzięki świetnej znajomości czterech języków może dzisiaj obsługiwać klientów z całego świata (tak oto edukacja dała dziewczynie przyszłość). Swoją osobowość sklejała zapewne częściej niż ja. Dzięki niej przeżyłem noc. Jak wpadłem w wasze ręce? To jest świetnie opisane w dokumentach przekazanych wam przez policjantów.

Mam nadzieje, iż kuracja będzie postępowała ku skutecznemu uleczeniu mojej duszy. Chciałbym wrócić do społeczeństwa i jestem państwu wdzięczny za czas, którego tak wiele mi poświęcacie.

(pw)